CZYTAŁO SIĘ:

wtorek, 27 grudnia 2011

(Nie)zwykłe rzeczy

Każdy z nas ma swoje sposoby „radzenia sobie” ze sprzątaniem czy z innymi czynnościami wykonywanymi na co dzień w domu. Niejednokrotnie stajemy w sytuacji kiedy szybko musimy poradzić sobie z problemem, dokonać szybkiej naprawy nie mając pod ręką narzędzi, których standardowo używamy do danej czynności. Jak wymieszać większą ilość sałatki na przyjęcie kiedy wszystkie miski są już zajęte? Proste – wyłożyć zlew folią aluminiową i mieszać w zlewie. Jak uszczelnić chłodnicę samochodową nim zdążymy udać się do warsztatu? Jak przedłużyć życie ciętych kwiatów? Jak sprawdzić czy jajka są świeże? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziemy w tym poradniku.
Niektóre z przedstawionych zastosowań niezwykłych rzeczy wydają się być oczywiste szczególnie dla osób które wychowały się w PRLu kiedy radzenie sobie, kombinowanie jak z niczego zrobić coś, było na porządku dziennym. Dziś, kiedy dostępne są specjalne narzędzia do niemal każdej domowej czynności zapominamy jak korzystać z rzeczy, które na co dzień mamy pod ręką. W obliczu problemu często stajemy się bezradni nie potrafiąc poradzić sobie w inny sposób.
W tym poradniku znajdziemy pomysły na proste zabawy z dziećmi, naturalne kosmetyki, czy sposoby walczenia ze szkodnikami.
Niezwykłe zastosowania zwykłych rzeczy to także sposób na oszczędności - po co kupować specjalistyczne środki czyszczące skoro z powodzeniem możemy zrobić takie środki sami na bazie, taniego jak barszcz, octu?
Mnie ten poradnik urzekł. Na pewno będę do niego sięgać w wielu sytuacjach. Polecam!

Niezwykłe zastosowania zwykłych rzeczy (praca zbiorowa)
Reader's Digest, 2009


czwartek, 15 grudnia 2011

Podróż do świata ciszy

Zobaczyć głos” Oliviera Sacksa faktycznie, tak jak zapowiada podtył książki, jest „podróżą do świata ciszy”. Autor pokazuje nam świat głuchych osób przez pryzmat zmian jakie zachodziły w ostatnich stuleciach w przekonaniach dotyczących głuchoty oraz zmian w podejściu do  edukacji osób niesłyszących.

Być może nie łatwo w to uwierzyć ale dopiero pod koniec XVIII wieku pojawiły się pierwsze szkoły dla osób głuchych, a za czym idzie pierwsze możliwości kształcenia. Do tego czasu osoby głuche nie miały praktycznie żadnej możliwości edukacji, a przez otoczenie traktowane były tak jako osoby upośledzone, chore psychicznie. Głusi nie mieli szans rozwijać swojej inteligencji przez brak możliwości nawiązania komunikacji z osobami słyszącymi.
Przytaczając wyniki badań Sacks dowodzi, że w przypadku braku możliwości kształcenia głuchota wrodzona jest gorsza od ślepoty. Nieznajomość języka uniemożliwia abstrakcyjne myślenie, a za czym idzie niemożliwe jest spójne myślenie w kategoriach których się nie poznało.

Oczywiście edukacja osób głuchych w XVIII wieku nie była powszechna - ograniczała się tylko do pojedynczych szkół we Francji czy USA. Jednak wraz z ich pojawieniem zaczęło powoli zmieniać się także nastawienie do osób głuchych.

W swojej książce Olivier Sacks przedstawia szereg ciekawych faktów i wyników badań na temat głuchoty wrodzonej i nabytej. Objaśnia nam jak się czują ludzie głusi wśród osób słyszących i czy szkoły integracyjne to najlepszy sposób na wsparcie ich edukacji.

Mnie najbardziej zaciekawił fragment o rozwoju dzieci głuchych w rodzinach słyszących i niesłyszących. Paradoksalnie, jak się okazuje, te drugie rozwijają się lepiej ponieważ mając możliwość nawiązania kontaktu z rodzicami nie dojrzewają jako osoby obce we własnym otoczeniu.

Myślę, że warto przeczytać pracę Sacksa nawet jeśli na co dzień nie stykamy się z problemami osób głuchych. Sacks jest wybitnym neurologiem posiadającym nie tylko ogromną wiedzę ale także dar pisania. Ta i inne prace Sacksa to mozliwość wejrzenia w świat nauki bez łamania sobie zębów na akademickim języku.


Olivier Sacks - Zobaczyć głos
Zysk i S-ka, 1998

piątek, 2 grudnia 2011

Posag a szczęśliwe małżeństwo


Przeszukując sieć znalazłam e-booka z tekstem opowiadania „Z pamiętnika młodej mężatki” Gabrieli Zapolskiej. Od razu mnie zainteresował ponieważ tytuł skojarzył mi się z rewelacyjnym, opisywanym już przeze mnie „Pamiętnikiem Pani Hanki” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Przez kilka pierwszych akapitów opowiadanie faktycznie przypominało mi satyryczną powieść autora „Kariery Nikodema Dyzmy”, szybko jednak okazało się, że wydźwięk tego utworu jest jednak zupełnie inny.

Główna bohaterka, Pani Szumiłło, jest tytułową młodą mężatką. Małżeństwo rozczarowuje ją już od pierwszych dni trwania związku. Młodzi znali się mało. Bohaterka wyobrażała sobie jednak, że miłość rozkwitnie po zawarciu małżeństwa. Tak się jednak nie stało. 

Ja z nim rozmawiać nigdy nie mogłam, bo nas samych nigdy nie zostawiali w pokoju. Jak nie było mamy, to była moja młodsza siostra Kazia. Myślałam, że jak za mąż za niego pójdę, to będziemy mogli nagadać się do woli. Ale jest jakoś inaczej, niż ja przypuszczałam.

Pani Szumiłło nie potrafi nawiązać kontaktu z mężem, nie potrafi się też odnaleźć w roli gospodyni. Bohaterka jest kompletnie nieprzygotowana do "realnego" życia. W domu uczono ją tego, na czym powinna znać się dobrze wychowana panna czyli gry na pianinie, nie zaś tak przyziemnych rzeczy jak zarządzanie służbą, czy też obyczajów związanych z przyjmowaniem gości w domu. Nigdy nie wychodziła sama na ulicę, nigdy nie była na targu, tak więc nie potrafi nawet kontrolować wydatków kucharki. Rodzice ograniczali inwestycje w edukację córki do elementów potrzebnych dla dobrej prezencji przed kandydatem na męża. 

O ile bohaterka malżeństwem jest rozczarowana, o tyle jej mąż wydaje sie być niezadowolony. Julian wielokrotnie reaguje złością na jej gospodarskie potknięcia nazywając ją przy tym „głupią” i wymawiając jej wysokość posagu. 

W ogóle zdaje mi się, że Julian ma jakiś żal do moich rodziców i często wtrąca, że go oszukali. Czy to mowa o moim posagu? Boję się raz wyjaśnić tę sytuację, ale ciężko mi myśleć, że mąż mój patrzy na mnie jak na oszustkę. (...) Chwilami ta kwestia posagowa dziwna mi się wydaje. Julian dawniej mieszkał w jednym pokoju i o ile wiem, jadał obiady w dość podrzędnej restauracji. Ożeniwszy się ze mną, mieszka w czterech pokojach i jada obiady względnie wykwintne, które mu jeszcze wydają się za skromne. Ja zaś, będąc panną, zajmowałam z rodzicami śliczny apartament przy ulicy Włodzimierskiej, osiem pokoi z balkonem od frontu. Jeździłam powozem (wprawdzie wynajętym, ale zawsze powozem) i bywałam w teatrze w loży, a nie tak jak teraz... w krzesłach. Julian więc na czysto zarobił na małżeństwie, ja zaś straciłam. I to on jest niezadowolony, a nie ja. Jemu się zdaje, że on jest mało zapłacony. Ale za co? Za co?

Po kilku miesiącach bohaterka orientuje się, że żyje „obok” męża i być może, nigdy nie uda się im stworzyć jedności. Marząc o idealnej miłości zaczyna wspominać swoją młodzieńczą miłość do pana Adama. Niestety uczucie to nie miało szansy na uwieczenie małżeństwem z powodu, zdaniem rodziców bohaterki, zbyt niskej pozycji społecznej adoratora... 

Opowiadanie Zapolskiej to gorzka refleksja nad losem kobiet, o których zamążpójściu decyduje wysokość posagu. To opowieść o kobietach zdanych na opiekę mężczyzn, którzy dysponują ich majątkiem. Ustami pani Szumiłło autorka kilkakrotnie podkreśla, iż przeżycia bohaterów są spowodowane zwyczajem „sprzedawania” mężom kobiet. Wysokość posagu często staje się najważniejszym, a czasem nawet jedynym, powodem zawarcia związku, co może zamykać kobietom drogę do szczęśliwego zamążpójscia. 

Gabriela Zapolska - Z pamiętników młodej mężatki
Portal wydawniczy literatura.net.pl

piątek, 25 listopada 2011

Znachor - balsam dla duszy


Po niesamowitej „Karierze Nikodema Dyzmy” i  genialnym „Pamiętniku Pani Hanki” nie mam wyboru -muszę przeczytać wszystkie powieści napisane przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza.

Tym razem padło na „Znachora”. Powieść opowiada o losach uznanego chirurga Rafała Wilczura. Bohater jest sławą i autorytetem w medycznym środowisku, jednak sukces zawodowy nie przekłada się na szczęśliwe życie osobiste.  Już na pierwszych stronach powieści profesora opuszcza żona zabierając ze sobą ich jedyną córeczkę. Co więcej załamany Wilczur zostaje zaatakowany przez bandytów.  Dotkliwie pobity traci pamięć i w tym momencie właśnie, zaczyna się właściwa część powieści. Odtąd śledzimy losy zagubionego, błąkającego się od wsi do wsi człowieka chwytającego się przeróżnej pracy.  W końcu Wilczur znajduje schronienie pod dachem jednego z wiejskich gospodarzy. Nie zdając sobie sprawy ze swoich umiejętności, kierując się jednak przeczuciem, zaczyna leczyć biednych ludzi, których nie stać na wizyty u miejscowego lekarza. Zostaje znachorem.

Wiele osób zarzuca „Znachorowi” zbytni sentymentalizm oraz przewidywalność cudownych zbiegów okoliczności. Ciężko się z tymi zarzutami się nie zgodzić. Nie da się ukryć, że „Znachor” nie jest lekturą najwyższych lotów. Ale czy wszystkie powieści takie muszą być? Dla mnie jest to przyjemna powieść o miłości, poświęcaniu się dla innych, napisana ładnym językiem. „Znachor” to prosta, ciepła historia z happy-endem. Polecam na zimowe wieczory  :)

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – Znachor
Zielona Sowa, 2006

wtorek, 15 listopada 2011

Co było a nie jest...

To co łączy czternaście państw opisanych przez Normana Daviesa to to, że ich już nie ma. Trwały w różnych epokach jedne krócej inne dłużej, jedne aspirowały do mocarstwowości inne od początku wałczyły z przeciwnościami losu by przetrwać.
Davis opisuje ich „zapomnianą” historię. Zapomnianą dla Europy bo kto słyszał o królestwie Ald Clud czy o Wielkim Księstwie Litewskim? Pamiętają o nich tylko obywatele państw mieszczących się w rejonie zaginionego królestwa, tych państw których historia państwowości miała z nimi bezpośredni związek. Pozostali mieszkańcy Europy pozostają nieświadomi bogactwa kształtów historycznej Europy.
Z przyjemnością czytałam o krainach dotąd mi nieznanych, takich jak wspomniany wcześniej Ald Clud, Rosenau, czy o Eryturii. Davies opisuje ich niezwykłą historię każdorazowo rozpoczynając od spojrzenia na teraźniejsze losy tych ziem. Następnie cofa się się do początku ich niezwykłej historii ciągnąc opowiadanie aż do ich upadku.
Z przyjemnością czytałam też o losach zaginionych królestw bliżej nam znanych - Wielkiego Księstwa Litewskiego, Gdańska czy Prus. Umieszczenie ich losów wśród opowieści o innych państwach ukazuje historię naszego regionu w kontekście historii europejskiej.
Zaginione królestwa uświadamiają, że układ państw i sił, który jest dla nas codziennością, nie jest wieczny. Na naszych oczach rozpadł się Związek Radziecki nie oznacza to jednak jeszcze „końca historii”. Państwa będą upadać i tworzyć się dalej tak jak to ma miejsce od setek, a nawet tysięcy lat.

Norman Davies - Zaginione Królestwa
Znak, 2010

sobota, 5 listopada 2011

Zbudujmy Rosję od nowa

"Sańkja" to opowieść o młodym rewolucjoniście, członku radykalnej organizacji komunistycznej o nazwie „Sojusznicy”. Główny bohater, Sasza (nazywany przez matkę Sańkją) tak jak inni członkowie organizacji nie zgadzają się na ład panujący w Rosji. Wszystkie ich działania mają na celu manifestowanie przedstawicielom władzy braku akceptacji istniejącego systemu.
W ciągu kilku dni trwania akcji śledzimy działania Sojuszników ich przygotowania do kolejnych akcji obejmujących zarówno większe operacje takie jak zamach na sędziego, wtargnięcie i okupacja posterunku policji po zwykłe uliczne grabieże. Wraz z Saszą błąkamy się po Moskwie i jej przedmieściach oczekując na kolejny plan dywersji, który pozwoli na zawsze odmienić losy Rosjan, jakby przy okazji poznając rodzinę, znajomych bohatera oraz ich poglądy na temat sytuacji politycznej kraju.
O tyle o ile jestem zachwycona barwnym stylem Zachara Prilepina i jego umiejętnością stworzenia wciągającej fabuły o tyle nie zostałam uwiedziona przedstawionym przez niego obrazem świata rewolucjonistów. Dowiedziałam się, że Sojusznik jest wrażliwym, inteligentnym chłopakiem pijącym dużo wódki, utrzymującym się z rozbojów ponieważ godność nie pozwala mu legalnie zarabiać w ramach systemu, którego nie akceptuje. Oczywiście trochę spłycam jest to jednak spowodowane tym, że nie potrafię pochwalać ruchów nastawiających się na niszczenie istniejących układów politycznych nie przedstawiając w zamian żadnej konstruktywnej propozycji. Jaki ład pragnęli wprowadzić Sojusznicy? Ja się nie dowiedziałam niczego poza tym, ze wszystko trzeba zbudować od nowa. Nieuważnie czytałam?

Zachar Prilepin – Sańkja
Czarne, 2008

piątek, 28 października 2011

Z życia moskiewskiego milicjanta

Aleksandra Marinina to autorka bestsellerowych kryminałów tłumaczonych na kilkanaście języków i sprzedawanych w milionach egzemplarzy. Bohaterką serii jej powieści jest Anastazja Kamieńska major moskiewskiej milicji. Co ciekawe pisarka tworząc bohaterkę cyklu swoich powieści nie musiała daleko sięgać – sama zajmowała się badaniami kryminologicznymi w rosyjskiej milicji.
Kamieńska to atrakcyjna i inteligentna acz skromna kobieta. Pewnie nigdy nie zostałaby doceniona i nie zostałoby jej powierzone śledztwo gdyby szef bohaterki nie obawiał się szpiega wśród doświadczonych śledczych. Kamieńska będąca poza kręgiem podejrzeń ma szansę wykazać się i rozwikłać sprawę morderstwa sekretarki, która z pozoru wydaje się nie do rozwiązania. Okazuje się jednak, że dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności oraz swojemu sprytowi Kamieńska zaczyna docierać po nitce do kłębka odkrywając kolejne aspekty afery oraz zaangażowane w nią osoby z co raz wyższych kręgów.
Powieść Marininy jest interesująca, a rozbudowana fabuła wydaje być się gruntownie przemyślana tak, że wszystkie elementy ostatecznie łączą się w całość. Ja jednak czytając nie zdołałam tak uważnie śledzić wszystkich wątków tak więc ostatecznie pozostało dla mnie zagadką jak to się stało, że to wszystko się jednak wyjaśniło :) Jak dla mnie powieść ta powinna być znacznie krótsza aby móc skutecznie przyciągnąć uwagę czytelnika. Ja w połowie powieści byłam już zmęczona Kamieńską i z niecierpliwością czekałam kiedy w końcu rozwikła już tą zagadkę.
To co w tej powieści bezcenne to wgląd w życie rosyjskich milicjantów z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dowiadujemy się np., że milicjant nie może sobie jednocześnie pozwolić na zakup nowych spodni oraz utrzymanie psa. Warto przeczytać choćby dla tych perełek.
Aleksandra Marinina - Ukradziony sen
W.A.B, 2004

wtorek, 18 października 2011

Jezus na poważnie

Książka „Bóg. Życie i twórczość” Szymona Hołowni zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć głębiej i dowiedzieć się czegoś o Jezusie. Co tak naprawdę o nim wiemy? Ja znam tylko parę faktów czy też może parę komunałów powtarzanych kiedyś na lekcjach religii. Kim był ten człowiek, który zrewolucjonizował naszą historię dwa tysiące lat temu?
Sięgnęłam po książkę polecaną przez Hołownię „Dzieje Chrystusa” Daniela Ropsa. Jest ona uważana za utwór klasyczny, komplementarnie przedstawiający losy Chrystusa począwszy od zwiastowania po jego zmartwychwstanie. I rzeczywiście autor podchodzi do tematu z dużą skrupulatnością, nie ogranicza się do zrelacjonowania suchych faktów, podań ale przytacza również argumenty świadczące o możliwości zastosowania pewnych interpretacji i o niemożności innych.
Jako laik nie podejmę się oceny wartości merytorycznej dzieła, na pewno mogę jednak stwierdzić, że książka jest nierówna – momentami czyta się ją jak fascynującą powieść, momentami zaś jak naukową rozprawę teologiczną.
Polecić mogę ją osobom cierpliwym (ponad 400 stron!) i naprawdę zainteresowanym tematem, mniej ambitnym szczerze polecam Hołownię. A i ja chyba przy nim zostanę ;)
Daniel Rops - Dzieje Chrystusa
Pax, 2010



środa, 12 października 2011

Miastowi na wsi


Miastowi” bezwzględnie wdarli się w moją kolejkę książek do przeczytania...

Ja, tak jak pewnie wiele osób, marzę o wyrwaniu się z miejskich korków, smogu, mieszkania w bloku i przeniesieniu się do zacisznego miejsca gdzie mogłabym żyć bliżej przyrody, pielić ogródek i obserwować dorastanie swoich pociech wychowujących się w zdrowym otoczeniu. Niewiele osób jednak decyduje się na przeprowadzkę. Książka Anny Kamińskiej opisuje historie tych, którzy się na to zdobyli i co więcej uważają, że nie mogli dokonać lepszego wyboru.

Mimo, że każda z przedstawionych przez Kamińską historii jest inna, początek w większości z nich jest podobny. Ludzie pracujący w korporacjach, żyjący w mieście przestają widzieć cel w robieniu kariery, pracy po dwanaście godzin dziennie, która nie daje im nic poza pieniędzmi. Po zakupieniu ziemi na mazurach / w górach, która miała być jedynie odskocznią od miejskiego życia, zaczyna stawać się jego sensem.

Dla wielu z bohaterów Kamińskiej ich umiejętność odnalezienia się na wsi była w pewnym sensie zaskoczeniem, przyzwyczajeni do życia w mieście nie wiedzieli czy poradzą sobie w nowym otoczeniu. Energii do działania dodawały im jednak marzenia o własnym sposobie na szczęście. Życie na wsi to nie sielanka - bohaterowie ciężko pracują ale upieczenie tradycyjnego chleba, ratowanie antyków, czy prowadzenie warsztatów dla dzieci daje im większe poczucie satysfakcji niż praca w bankach. Mieszkanie na wsi pozwala też, jak przez soczewkę, spojrzeć na utrzymywane do tej pory relacje z ludźmi.  Kiedy znajomy przyjeżdża kilkadziesiąt/kilkaset kilometrów aby się z tobą zobaczyć wiadomo, że robi to dla ciebie, pozostałym szkoda czasu na tak daleką wyprawę.  

Dla mnie ta książka opowiada jednak przede wszystkim nie o radykalnej zmianie stylu życia ale o miłości.. wiele z historii przedstawionych w książce to historie par z których jedna osoba potrafiła zarazić drugą swoimi marzeniami, wizją wspólnej przyszłości i drugiej, która potrafiła pójść za partnerem i uwierzyć w jego pomysł na życie. Z tej perspektywy wieś to jedynie tło dla historii o wspólnym budowaniu swojego szczęścia, zrozumieniu, akceptacji czy umiejętności zrezygnowania z siebie dla innych. Może to śmieszne ale czytając te historie niejednokrotnie miałam łzy w oczach mimo, że przecież tematem książki jest życie na wsi, a nie miłość. Czy mogą jednak być piękniejsze historie o miłości niż te autentyczne o prawdziwym oddaniu i bliskości z drugą osobą?

Ta książka na pewno będzie pokrzepieniem dla wszystkich, którzy marzą o tym by zmienić swe życie ale boją się, że nie poradzą sobie w nowym otoczeniu. Bohaterowie Kamińskiej są żywym dowodem, że może się udać, że można odmienić swoje życie i być szczęśliwym jak nigdy dotąd.  

Będzie to też na pewno dobra książka dla tych, którzy nie myślą o przeprowadzce ale chcieliby przeczytać historie osób, którzy potrafią kochać…


Anna Kamińska –Miastowi. Slow food i aronia losu.
Wydawnictwo Trio, lipiec 2011 

czwartek, 6 października 2011

Bliski Wschód jeszcze bliżej



"Całkiem Bliski Wschód" to zbiór reportaży Stanisława Gulińskiego z wykształcenia arabisty i turkologa przybliżających nam kulturę oraz meandry historii i polityki tych niekiedy egzotycznych dla nas krajów choć całkiem bliskich geograficznie. 


Guliński podróżuje po krajach zawodowo jako m.in. badacz, tłumacz a także prywatnie jako podróżnik, pasjonat wschodniej kultury. Odwiedza m.in. Turcję, Bośnię, Syrię, Irak, Sudan, Egipt. 

Książkę Gulińskiego czyta się w prawdziwą przyjemnością ponieważ łączy ona w sobie kilka elementów, których synteza tworzy dla mnie ideał reportażu podróżniczego. Przede wszystkim reportaże Gulińskiego cechuje umiar. Moim zdaniem znakomicie wyważył proporcję pomiędzy swoimi przeżyciami i opiniami, a obiektywnymi faktami. Nie przepadam ani za reportażami, których treść zdominowana jest przez suche, encyklopedyczne fakty ani za pracami, których autor nie ma nic do opowiedzenia o odwiedzanym regionie poza własnymi doświadczeniami (vide książki podróżujących celebrytów). 

Po drugie, dzięki temu, że Guliński jest związany jest z Bliskim Wschodem pasją w swoich reportażach skupia się na takich aspektach historii, kultury odwiedzanych krajów, które w innych opracowaniach są pomijane ponieważ nie są uważane za wystarczająco znaczące. Teraz mamy szanse spojrzeć na Bliski Wschód z innej strony. Nawet spotykanym po drodze osobom tematy wybierane przez autora nie przedstawiają się wystarczająco interesująco - zabytki architektury muzułmańskiej w Egipicie nie wydają się wystarczająco godne zainteresowania, a wyprawa mająca na celu zdobycie szczytu Sudanu nie dość warta zachodu… 

I po trzecie, co również niezwykle ważne - Guliński ma lekkie pióro. Pisze barwnie, okraszając swoje opowieści anegdotami związanymi nie tylko ze swoimi doświadczeniami ale i historiami poznanych w podróży osób. 

Pasja Gulińskiego sprawia, że na opisywane przez niego kraje spojrzeć można z fascynacją, połknąć bakcyla i zapragnąć aby Bliski Wschód stał się nam jeszcze bliższy. 


Stanisław Guliński - Całkiem Bliski Wschód 
Prószyński i S-ka, wrzesień 2008

piątek, 23 września 2011

Ta sukienka jest bardziej bezbarwna niż błękitna

Straaaaaaszneeeeee…

Dawno nie czytałam takiej płytkiej, banalnej powieści. Niestety mam tę wadę, że nie potrafię zarzucić lektury książki – jak już zaczynam to i kończę. Przez to straciłam kilka cennych godzin, które mogłabym poświęcić na ciekawszą lekturę i naprawdę nie trudno było by znaleźć ciekawszą…

Autorka konstruuje powieść w dwóch rzeczywistościach szesnasto i dwudziestowiecznej. W pierwszej z nich śledzimy losy Francuzki, która uciekając przed prześladowaniami religijnymi ucieka wraz z rodziną do Szwajcarii. W drugiej główną bohaterką jest Amerykanka, która czując się wyobcowana po przeprowadzce do Francji stara się za wszelką cenę znaleźć jakąś nić łączącą ją z krajem w którym przyszło jej zamieszkać. O ile losy pierwszej ze wspomnianych przeze mnie bohaterek wydają się zupełnie bezbarwne, i nijakie to historia drugiej jest tak płytka, że aż drażni..

Autorce nie udało się odmalować postaci tak aby wzbudzały sympatię, zainteresowanie. Co takiego fascynującego jest we francuskim bibliotekarzu? A co w  samej Amerykańskiej bohaterce? Ja nie poczułam magnetyzmu bohaterów, nie przyciągneli mnie do siebie, nie zainteresowali. Chevalier nie buduje postaci w taki sposób aby mogły się wydawać postaciami autentycznymi. Nie udało mi się zatopić w tej historii - cały czas nie mogłam uciec od myśli, że obcuję jedynie wydumanymi konstruktami stworzonymi przez pisarkę.

Nie tylko sposób budowania postaci i sama historia są nieciekawe ale także dialogi pozostawiają wiele do życzenia. Kiepskie dialogi pod płaszczykiem kostiumowych realiów bronią się nieco dzięki właśnie tej scenografii - nie zwraca się tak na nie uwagi, budując w wyobraźni obraz sprzed wieków. Tej samej jakości dialogi w realiach dwudziestowiecznych, obdarte z blichtru przeszłości kłują w oczy swoją sztucznością i naiwnością.

Po ”Błękitnej sukience” spodziewałam się historii na podobnym poziomie jak w „Dziewczynie z perłą” niestety rozczarowałam się – na tyle skutecznie, że nie zamierzam sięgać po pozostałe dokonania autorki. Książkę serdecznie odradzam każdemu, kto po powieści oczekuje czegoś więcej niż płytkiej historii obyczajowej, której jedynym atutem jest to, że cześć fabuły dzieje się w zamierzchłej przeszłości.


Tracy Chevalier – Błękitna sukienka 
Prószyński i S-ka , Lipiec 2005

czwartek, 15 września 2011

Satyra na konsomolskiego wyzwoliciela




Genialna satyra!
Rzecz dzieje się w czasie drugiej wojny światowej. Lejtant Zubow wkraczając do Polski we wrześniu 1939 wraz z Armią Radziecką rozpoczyna prowadzenie pamiętnika. To co zastaje na wileńszczyźnie nie przystaje do tego co spodziewał się zobaczyć. Zubow wkroczył do Polski aby wyzwolić lud uciemiężony przez polskich kapitalistów, miał być bohaterem wielbionym przez ludność. Tymczasem już podczas pierwszego spaceru po Wilnie Zubow zauważa, że poziom życia ludności jest o wiele wyższy niż głoszono w radzieckiej propagandzie. W Polsce panować miały głód i bieda tymczasem zwykły robotnik jada lepiej i jest lepiej ubrany niż niejeden zasłużony konsomołski oficjel. 

Ja tak sobie idę i tak sobie myślę: „Chyba tu z całej Polski kapitaliści z żonami i córkami zjechali się? Takie bogactwa!” 

Rozczarowania spotykają Zubowa na każdym kroku. Spotykani polscy proletariusze nie pałają entuzjazmem na widok „wyzwolicieli”, co więcej oskarżają Zubowa, że przez Sowietów żyje im się gorzej. Jednak to co widzi Misza nie wpływa na zmianę wpojonych mu przez sowiecką propagandę poglądów. Spotykanych robotników oskarża o bycie burżujami.

Przyszedłem tam wczoraj rano z „orderem” z Komendantury i pytam o prezesa Domkomu. A mnie powiedzieli, że żadnego domowego komitetu u nich nie ma i nie było. Splunąłem ja: – Też porządki! Jakżeście tu żyli? Powiadają: – Normalnie. A sprawy meldunkowe załatwiał dozorca domu. Poszedłem ja do dozorcy. Pokazali mi jego suterenę. Schodzę ja w dół i tak sobie myślę: „Nareszcie zobaczę chociaż jednego eksploatowanego proletariusza”. Ale gdzie tam! Widzę ja w dużym pokoju siedzi tłusty, pięknie ubrany pan. Ja tylko na nogi jego spojrzałem i od razu zobaczyłem: buty z cholewami! A on nic. Siedzi i kawę pije. Na stole prawdziwy chleb leży i cukier w bańce stoi. Nawet kiełbasę na talerzu zauważyłem. Wielka mnie złość ogarnęła, że taki kapitalista dozorcę udaje. Ale nic nie powiedziałem, tylko tak sobie pomyślałem: „Przyjdzie i na ciebie czas! Skończy się twoje kiełbasiane życie i o butach też zapomnisz!”

Z czasem wraz ze zmianami na froncie, okazuje się, że miłość Zubowa do Stalina nie jest jednak tak bezwarunkowa jakby się to mogło wydawać na początku. Piasecki ukazuje nam moralność człowieka radzieckiego, która zakłada podporządkowanie się silniejszemu. Tak więc w zależności od koniunktury Zubow obdarza szacunkiem Stalina, Hitlera a nawet aliantów. 

Powieść Piaseckiego pełna jest zabawnych sytuacji związanych z nieznajomością zindyktrowanego konsomolskiego lejtanta realiów życia w kapitalistycznym państwie ale też niestety gorzkich historii osób, które los zetknął z Zubowem.


Sergiusz Piasecki - Zapiski oficera Armii Czerwonej
LTW, listopad 2006

poniedziałek, 5 września 2011

Pochwała życia toczącego się poza biurem...







Timothy Ferriss w swojej książce przekonuje nas, że warto ŻYĆ… pragnie wyrwać nas z iluzji, że poświęcając pracy kilka / kilkanaście godzin dziennie do czegoś zmierzamy. Życie jest za krótkie by spędzać lata za biurkiem tylko po to by dopiero jako emeryt zyskać prawdziwą wolność. Autor stara się udowodnić, że przed prawdziwym, wymarzonym, wolnym życiem powstrzymuje nas nie brak wystarczających oszczędności ale lęk przed wyrwaniem się z utartych schematów nakazujących pracę od 9 do 17 oraz brak znajomości kilku podstawowych zasad, które pozwolą nam zrewolucjonizować nasze życie zawodowe.

Po pierwsze Ferriss zachęca nas do operacjonalizacji naszych marzeń… Pragnienia przestaną wydawać się nieosiągalne jeśli rozpiszemy je na łatwe do zrealizowania etapy. Przecież nigdy nie zostaniemy kierowcą Formuły 1 jeśli najpierw nie opanujemy podstawowej techniki jazdy samochodem… Co więcej autor przekonuje, że warto oszacować koszt poszczególnych etapów przybliżających nas do spełnienia naszego marzenia – zapewnia nas, że całkowity koszt po zsumowaniu wszystkich kroków będzie niższy niż by nam się to wydawało przed rozbiciem naszych marzeń na poszczególne etapy.

Po drugie Ferriss, pokazuje nam sposoby w jaki sposób można się uwolnić od pracy na etacie. Przede wszystkim radzi nam się kierować się zasadą Pareto wedle której 80 procent naszych wyników pochodzi z 20 procent nakładów, a pozostałe 80 procent nakładów daje nam jedynie 20 procent wyników. Stąd prosty wniosek: skup się na tych 20 procentach klientów którzy przynoszą 80 procent twoich zysków, a uwolnisz swój czas wykorzystywany dotąd na kontakt z pozostałymi 80 procentami generującymi jedynie 20 procent zysków. Regułą tą Ferriss radzi nam zresztą kierować się nie tylko w życiu zawodowym ale i osobistym robiąc porządki warto zdać sobie sprawę, że 20 procent ubrań nosimy przez 80 procent czasu…

Poradnik Ferrissa pełny jest pomysłów jak zracjonalizować swoją pracę i jeśli nawet mamy wrażenie, że jego planu nie uda nam się zrealizować od A do Z, to na pewno znajdziemy w nim takie wskazówki, które będziemy mogli dostosować do swojej sytuacji. Choćby porady w jaki sposób rozmawiać ze współpracownikami aby prowadziły do konkretnych ustaleń albo jak unikać nic nie wnoszących spotkań będą przydatne dla każdego.

To co dla mnie najcenniejsze w tej książce to bijący z niej optymizm i wiara, że każdy może odmienić swoje życie. Momentami jestem zmęczona kontynuowanymi przez lata narzekaniami znajomych na temat ich fatalnej sytuacji zawodowej. Oczywiście sytuacja ta nie ma szans na poprawę ponieważ nie podejmują absolutnie żadnych kroków aby ją zmienić. Tymczasem, jak przekonuje Ferriss, podjęcie chociaż kilku prostych decyzji pozwoli zwrócić poczucie panowania nad swoim losem.

No i clue… Starając się zmienić swoje życie nie masz nic do stracenia… czas ucieka a jak mówi mądrość ludowa lepiej żałować tego co się zrobiło niż tego czego się nie zrobiło. W najgorszym wypadku zawsze można wrócić do pracy od 9 do 17…



Ps. Ciekawa jestem w jaki sposób Ferriss napisał tą książkę jestem pewna, że bez asystentów ubierających w zdania przemyślenia autora się nie obyło. Żmudne, samodzielne pisanie książki byłoby przecież zaprzeczeniem jej idei :)



Timothy Ferriss - 4-godzinny tydzień pracy. Nie bądź płatnym niewolnikiem od 9.00 do 17.00
 
MT Biznes, listopad 2009

czwartek, 25 sierpnia 2011

Historia powstania jednego obrazu







Patrząc na portret nieznajomej osoby zawsze zadaję sobie pytania: Kim była? O czym marzyła? Co czuła? Co tę osobę spotkało później? Obrazy, fotografie utrwalają jedynie krótki moment a nieubłagany czas płynie dalej… 



Tracy Chevalier również musiała sobie zadawać takie pytania inaczej obraz Jana Vermeera „Dziewczyna z perłą” nie zainspirowałby jej do napisania przejmującej opowieści o tym samym tytule. Kto jest na obrazie malarza niewiadomo, czas zatarł informacje na ten temat. Być może była to jego córka a może właśnie służąca tak jak to wymyśliła Chevalier? 

Autorka wyobraziła sobie „Dziewczynę z perłą” jako skromną, prostą dziewczynę z niezamożnej rodziny, która przybywa do domu Vermeerów gdzie ma zostać służącą. Cóż ma zająć tą biedną dziewczynę utrudzoną praniem, szorowaniem i cerowaniem jak nie żyjący z nią pod jednych dachem artysta? Jego pracownia to odskocznia od przykrych obowiązków codziennego dnia. Barwniki, płótna, portretowane kobiety i ich szykowne stroje to dla Greet zupełnie inny świat. Dziewczyna zgadza się w tajemnicy przed innymi domownikami pomagać Vermeerowi przygotowując barwniki niezbędne mu do pracy mimo, iż przez to liczba jej codziennych obowiązków rośnie. 

Z czasem fascynacja malarzem jest co raz silniejsza a i on nie sprawia wrażenia obojętnego na wdzięki dziewczyny. Oboje jednak znają swoje miejsce w świecie. Vermeer nie staje w obronie Greet kiedy żona dowiaduje się, że dziewczyna pozowała w jej perłowych kolczykach mimo, że to on sam kazał Greet założyć kolczyki. Greet zaś mimo tego, że nie może znieść zapachu mięsa i krwi pod paznokciami młodego rzeźnika wie, że to on jest jej przyszłością. 

To co mnie najbardziej w tej powieści zadziwiło, to to, że w realiach zimnej i oschłej, protestanckiej siedemnastowiecznej Holandii Chevalier stworzyła historię kipiącą od erotyzmu. Niby nie dzieje się nic, żadne słowa nie zostają wypowiedziane jednak atmosfera między Greet a Vermeerem jest tak gęsta, że można by ją ciąć nożem. 

Z „Dziewczyny z perłą” nie dowiemy się dużo o siedemnastowiecznej Holandii. Jednak osadzenie fabuły w tle historycznym pozwoliło dodać powieści aury tajemniczości oraz nieco mrocznego nastroju. Dzięki temu zabiegowi powieść czyta się z prawdziwym zainteresowaniem. 


A o to i powód całego zamieszania:





Tracy Chevalier - Dziewczyna z perłą

Zysk i S-ka, kwiecień 2004 

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Suworow i Radziecki Wywiad Wojskowy



Tematem zarówno „GRU” jak i „Akwarium” jest radziecki wywiad wojskowy. O ile jednak w „GRU” Suworow skupia się na samej organizacji – jej strukturze oraz metodach pracy to „Akwarium” jest zapisem dużo bardziej osobistym - opowieścią o pracy agenta w Europie Zachodniej opartą na wspomnieniach Suworowa.


Dzięki „GRU” radziecki wywiad możemy poznać od podszewki. Dowiemy się jak zorganizowana była centrala, poszczególne jednostki zdobywające i analizujące informacje. Dowiemy się również w jaki sposób szkoleni byli radzieccy agenci, jak działały rezydentury oraz jak werbowani byli informatorzy w krajach zachodniej Europy. W końcu dowiemy się też jakie są różnice między KGB a GRU, a także jaka jest historia powstania tych organizacji. Jednym słowem „GRU” to kompendium wiedzy o rosyjskim wywiadzie. Książka napisana jest zwięźle, pełna jest informacji i faktów niczym instrukcja obsługi. Brak w niej barwnych anegdot „z życia agenta”, których pełne jest „Akwarium”.   

"Akwarium" zaciekawia od pierwszych linijek dramatycznego wstępu kiedy dowiadujemy się w jaki sposób można zrezygnować z pracy w wywiadzie:

 „Mamy bardzo prostą zasadę: rubel za wejście, dwa za wyjście. To znaczy, że wstąpić do organizacji jest trudno, ale znacznie trudniej ją opuścić. Teoretycznie dla wszystkich jej członków przewidziano tylko jedno wyjście: przez komin. Dla jednych z najwyższymi honorami, dla innych hańbiące, ale komin jest jeden. Tylko przez ten komin odchodzimy z organizacji”.

Wraz z Suworowem zapoznajemy się z kolejnymi etapami pracy w wojskowym wywiadzie. Suworow obrazowo opisuje swoją karierę wojskową, ćwiczenia na poligonie, pracę w rezydenturze a nawet przepychanki z protegowanym adiunktem generalskim na korytarzu w drodze na spotkanie z szefem sztabu.

Wprowadzeni zostajemy także w arkana szpiegostwa gospodarczego, które opłacało się ZSRR bardziej niż samodzielne konstruowanie wyrobów takich jak te które zostały już stworzone na Zachodzie. My, w przeciwieństwie do chciwych producentów od początku będziemy wiedzieć, że współpraca z radzickim wywiadem to nie igraszki. Szantażowani przez agentów przedsiębiorcy dopiero później zrozumieją, że nawiązali współpracę z której już nigdy nie będą mogli zrezygnować.

„Akwarium” zainteresować może każdego, kogo ciekawi praca agenta „od kuchni”. Jeśli zastanawiałe(a)ś się kiedykolwiek na kim chwyty i ciosy trenowali żołnierze Specnazu albo czy niestaranne złożenie spadochronu może spowodować śmiertelny wypadek, to jest to książka dla Ciebie.

 „GRU” zaś polecam jedynie osobom, które pragnęłyby wgłębić się w faktografię radzieckiego wywiadu oraz dowiedzieć się więcej na temat procedur, schematu działania tej organizacji.



Wiktor Suworow - GRU. Radziecki Wywiad Wojskowy
Rebis, sierpień 2010


Wiktor Suworow - Akwarium
Rebis, maj 2007

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

High life lat trzydziestych w Pamiętniku Pani Hanki


Powieść przesłuchana. Po zapoznaniu się z „Karierą Nikodema Dyzmy” i „Znachorem” czyli najpopularniejszymi powieściami Tadeusza Dołęgi Mostowicza postanowiłam sięgnąć głębiej. Mój wybór padł na kryminalno – obyczajową powieść zatytułowaną „Pamiętnik Pani Hanki”.

Bohaterka, przedstawicielka wyższych sfer, rozpoczyna prowadzenie pamiętnika w momencie kiedy dowiaduje się o bigamii swojego męża. Dowiaduje się nie w sposób bezpośredni ale otwierając list zaadresowany do męża ręką kobiety. Czujna Hanka, za nic nie pozwoliłaby aby w życiu męża coś działo się bez jej wiedzy. Nie czekając na wyjaśnienie męża, które zresztą nie następują szybko, Hanka rozpoczyna prywatne śledztwo. Kierują nią jednak przede wszystkim nie zranione uczucia, ale urażona duma i troska o opinię w towarzystwie.

Obserwując rozwój śledztwa jednocześnie przyglądamy się beztroskiemu życiu wyższych sfer końca lat 30tych przepełnionym balami, kawiarniami, flirtami, towarzyskimi intrygami. Przeświadczona o swej wyjątkowej osobowości, niebywałej urodzie i inteligencji Hanka zapewnia czytelnikom uciechę relacjonując towarzyskie wydarzenia, w których brała udział oraz zapoznając nas ze swoimi przemyśleniami na temat znajomych, relacji z mężczyznami, a także sytuacji politycznej kraju (te ostatnie choć nieliczne stanowią najbarwniejszą część powieści i najlepiej ilustrują umysłową płyciznę refleksji Hanki).

Tadeusz Dołęga-Mostowicz w rewelacyjny sposób przedstawił tok myślenia niezbyt mądrej młodej kobiety "z towarzystwa". Zagłębiając się w lekturę można łatwo zapomnieć, że Hanka Renowicka jest jedynie fikcyjną postacią stworzoną przez autora. Powieść ta zapewne nie podobałaby mi się tak ogromnie gdyby nie interpretacja Marty Żak, która wspaniale potrafiła podkreślić egzaltowany ton dziennika Hanki.


Tadeusz Dołęga Mostowicz - Pamiętnik Pani Hanki

Nagranie Zakładu Wydawnictw i Nagrań polskiego związku niewidomych w Warszawie, 1987

Czyta: Marta Żak, Wojciech Adamczyk



czwartek, 28 lipca 2011

Les Farfocles - z dystansem o kobietach i o życiu biurowym

Gdybym miała napisać kiedyś książkę to chciałabym napisać ją tak jak Szczygielski. Prosta historia z happy-endem została opowiedziana w sposób wciągający i zabawny.

Autor wykorzystał swoje doświadczenie z pracy w redakcji w barwny sposób przedstawiając bohaterki - stylistki z kobiecego pisma. Dziewczyny, przyjezdne z Siedlec, aspirujące stylistki nieco pretensjonalne, nieco małostkowe ukazywane są w taki sposób, że ciężko jednak nie poczuć do nich sympatii. W przezabawny sposób pokazywana jest droga ich awansu do Warszawy i roztaczania aury sukcesu przed rodziną z Siedlec. Najbardziej utkwił mi w pamięć epizod w którym bohaterka pakowała słoiki aby odesłać je matce specjalnie owijając je w gazetę codzienną po to, aby w domu wiedziano, że czyta takie gazety :)

Ze zdrową dawką humoru autor traktuje sztuczną poprawność w relacjach pracowników biurowych za którą kryją się prawdziwe antypatie oraz gierki mające na celu zdyskredytowanie konkurenta w oczach szefa. Ciekawie pokazane są również relacje między kobietami – zazdrość między przyjaciółkami czy brak możliwości porozumienia między matką i córką.

Autor jest dobrym obserwatorem, potrafiącym w barwny sposób przenieść swoje spostrzeżenia na papier. Wartka akcja z sensacyjnym wątkiem okraszona humorem powoduje, że ciężko oderwać się od powieści.

Jedyne co czyni tę lekturę gorzką jest refleksja, że często po szczeblach kariery biurowej pną się ludzie bezwzględni, bezczelni i ograniczeni na tyle, że nieświadomi swoich braków. Osoby nieco wrażliwsze, inteligentniejsze wybierają zupełnie inną drogę samorealizacji...



Marcin Szczygielski - Les Farfocles czyli Nasturcje i ćwoki oraz Farfocle namiętności

Latarnik, Grudzień 2009

środa, 27 lipca 2011

Nieuchwytna perfekcja

W związku ze zmianą sytuacji domowo-rodzinnej zostałam uraczona przez koleżankę książką „Perfekcyjna Pani domu”… Tytuł brzmi groźnie ale nie taki diabeł straszny jak go malują. Książkę przeczytałam z prawdziwym zainteresowaniem licząc na niebanalne rozwiązania i wskazówki jak efektywnie prowadzić dom. Nie, że bym była pasjonatką sprzątania ale posiadając niewielki metraż a w nim futrzaste stworzenia liczyłam na znalezienie podpowiedzi, które zrewolucjonizują moje życie domowe ;)
W dużej mierze można rzec, że książka ta, to elementarz ponieważ możemy w niej znaleźć takie porady jak np. taka, że każda rzecz w domu powinna mieć swoje miejsce czy też, że marynarki powinno się wieszać na wyprofilowanych wieszakach aby ich nie zdeformować. Jednak to co dla jednych jest banalne dla innych wcale niekoniecznie być musi, a przekonać można się o tym oglądając program telewizyjny autorki :) Niebywałą zaletą poradnika jest to, że autorka omawia wszystkie czynności krok po kroku co pozwala na zrewidowanie tego w jaki sposób do tej pory dbałyśmy/dbaliśmy o dom i czego w naszych utartych schematach do tej pory brakowało. Co więcej oddzielnie omawiane jest każde pomieszczenie dzięki czemu możemy dokładnie poznać specyfikę dbania o czystość w kuchni czy łazience.
Myślę, że każdy w poradniku Anthei Turner znajdzie coś dla siebie – mi np. najbardziej spodobał się rozdział o wywabianiu plam (zawsze znajdzie się jakaś oporna z którą nie mogę sobie poradzić) oraz o tym jak przyrządzić domowe środki czyszczące. Kolejne rozdziały można potraktować także jako check-listę przy następnym sprzątaniu. „Perfekcyjna Pani domu” pełna jest ciekawych pomysłów, które pozwolą nam zbliżyć się do tej nieuchwytnej a jakże upragnionej perfekcji ;)

Anthea Turner – Perfekcyjna Pani domu
Wydawnictwo FILO, Czerwiec 2008


poniedziałek, 16 maja 2011

Bóg for dummies








Tematyka religijna zawsze mnie pociągała.Zawsze chciałam dowiedzieć się czegoś więcej i zawsze też od książek o tej tematyce odstraszały mnie już same tytuły i spis treści. Z zaciekawieniem zajrzałam do książki Szymona Hołowni mając nadzieję, że tym razem to będzie to. I nie pomyliłam się.

Hołownia pisze o Bogu językiem „dla ludzi”, nie dla teologów. Jego książka porusza fundamentalne tematy, a czyta się ją tak łatwo i przyjemnie, że w zasadzie mogłaby należeć do serii „… for dummies”. Nie jest to oczywiście zarzut, a ogromna zaleta! Okazuje się, że o religii i Bogu można mówić w sposób interesujący i z poczuciem humoru. Każdy rozdział kończy się spisem lektur dla czujących niedosyt i chętnych pogłębienia swojej wiedzy w danym temacie (ja skusiłam się na przeczytanie jednej z polecanych książek ale o tym innym razem...). Lektura ta zachęciła mnie do przeczytania kolejnych książek Hołowni.

Widać trzeba otrzeć się o show biznes aby móc w pociągający sposób pisać o Bogu…



Szymon Hołownia - Bóg. Życie i twórczość
Znak, Listopad 2010

piątek, 6 maja 2011

Komórka - na dobry horror za mało

Jako nastolatka czytałam Kinga z wypiekami na twarzy, Carrie czy Misery zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Po latach więc, zachęcona recenzją znajomej, sięgnęłam po Komórkę licząc na podobne emocje. Niestety…

Po pierwsze fabuła - ciężko powiedzieć żeby coś zaskakiwało. Bohater, rysownik komiksów Clay Riddell, przebywający z dala od rodzinnego miasta staje się świadkiem kataklizmu, zagłady ludzkości. Osoby korzystające z telefonów komórkowych w jednej chwili przeistaczają się w krwiożercze zombie. Walcząc o przetrwanie Clay stara się dostać do domu, do rodziny – syna i żony. Po wielu stronach perypetii związanych głównie z rozszarpywaniem ciał przez oszalałe zombie i kolejnych zgonach bohaterów, Clay dopina swego.

Nowością w tym wyświechtanym schemacie jest to, że „telefoniczni szaleńcy” ewoluują nie pozostają przez cały czas akcji tacy sami. Zmieniają się. Ich zachowanie mutuje tak jak wirus, a Clay i jego ekipa muszą przechytrzyć kolejne mutacje napastników aby przetrwać. Czy to jednak wystarczy aby zainteresować?

Co więcej autor skupia się głównie na akcji, nie znajdziemy tu ani charakterystyk bohaterów czy to zewnętrznych czy wewnętrznych, nie znajdziemy także ich przemyśleń. Jedyną powracającą jak bumerang refleksją jest obawa Claya czy jego żona i syn (ale przede wszystkim syn) są bezpieczni. Nie znajdziemy też wyjaśnienia co lub kto wysłał „puls”, który spowodował, że ludzie oszaleli.

Sądziłabym, że jeśli stawia się głównie na akcję to powinno być w niej coś oryginalnego, zaskakującego. Jeżeli zaś akcja nie jest oryginalna to powinno się znaleźć w powieści coś poza nią…

Co prawda podobno ludzie najbardziej lubią te piosenki, które już kiedyś słyszeli ale jednak spodziewałabym się czegoś więcej po Kingu… Myślę, że nawet fani konwencji byliby zawiedzeni Komórką…


Stephen King - Komórka
Albatros, Styczeń 2011